piątek, 31 marca 2017

Komunikat Kurii

"Powiadamiamy duszpasterzy i wiernych diecezji płockiej, że działalność Pustelni w Czatachowie (o. Daniel Galus) nie posiada aprobaty Metropolity Częstochowskiego, ks. arcybiskupa Wacława Depo. Dotyczy to również działającej przy tzw. Pustelni Wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa.
W związku z tym apeluje się do kapłanów i wiernych świeckich o powstrzymanie się od organizowania wyjazdów zbiorowych i indywidualnych do tego miejsca. Przypominamy starożytną zasadę św. Ignacego Antiocheńskiego: „Nie czyńcie nic bez biskupa, […] kochajcie jedność, unikajcie podziałów»” (List do Filadelfian, 7, 1)
Płock, dnia 27 marca 2017 r."






źródło:
http://diecezjaplocka.pl/dla-wiernych/aktualnosci/032017/komunikat-kancelarii-kurii

http://kosciol.wiara.pl/doc/3779568.Kuria-ostrzega-przed-pielgrzymkami-do-pustelni-Czatachowa

http://malydziennik.pl/uwaga-kuria-przestrzega-przed-tzw-pustelnia-w-czatachowie-nie-zostala-zaaprobowana-przez-metropolie,3713.html

34 komentarze:

  1. > > REPORTAŻ POLSKI > > > > > > > > > > > >> > > > > > KSIĄDZ PAWEŁ ZRZUCA SUTANNĘ
    1
    Znajomy ksiądz:
    - Odchodzą. To już trzeci w tym roku. Jeden odszedł
    dla baby, drugi dla faceta, a teraz Paweł.
    - A co było z Pawłem nie tak?
    - Wiesz... Z nim to poważniejsza sprawa.
    - Dziecko?
    - Nie.
    - Przestał wierzyć?
    - Nie, nie.
    - Przekręty?
    - Nic z tych rzeczy, które się czasem zdarzają.
    - To co?
    Ksiądz wyjmuje pogniecioną kartkę.
    - Masz, czytaj. List do biskupa, właściwie kopia listu.
    Paweł napisał.
    Zaczyna się tak: „Czcigodny Księże Biskupie...” i dalej:
    „Moja decyzja o odejściu z kapłaństwa jest podyktowana
    motywami wyłącznie moralnymi. Nie mam skłonności
    homoseksualnych, nie jestem pedofilem, nie mam dzieci ani
    kochanek...”
    - Dasz mi do niego telefon?
    - Nie mam. Paweł się odciął, schował. Nie odpisuje na
    maile, zmienił numer telefonu. Mam jego stary, domowy
    adres. Chcesz - napisz, może odpowie.
    ***
    - Poproszę znaczek na list - wieki całe nie wysyłałam
    zwyczajnego listu. Pocieszam się, że on najwyraźniej lubi
    listy. Lubi pisać, może i czytać. Priorytet. Dwa złote
    trzydzieści pięć groszy.
    Adresuję kopertę. Szanowny Pan? Na wszelki wypadek
    robię jakiś artystyczny bazgroł, żeby było ładniej.
    - Jak to wygląda?! Normalnie napisz Sz.P. - strofuje
    mnie mąż. Kupuje drugą kopertę i sam wypisuje: Sz.P.
    Paweł, ulica, numer domu, nazwa mazowieckiej wsi. Jako
    nadawcę wpisuje siebie. - Listy od kobiety do gościa, który
    zrzucił sutannę? Chcesz, żeby cała wieś gadała? Wykluczone.
    „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
    Chcielibyśmy się z Księdzem spotkać, tu nasze maile
    i telefony”.
    Chyba tak trzeba. Delikatnie. Żeby się nie wystraszył.
    Żeby nie wyrzucił, zanim doczyta do końca.
    ***
    Po tygodniu przychodzi mail. Może się spotkać, czemu
    nie. Umawiamy się u nas w domu, nie będziemy przecież
    rozmawiali w knajpie. Robię obiad.
    Przyjeżdża punktualnie. Ubrany w czarną bluzę
    z kapturem, czarne spodnie, biały t-shirt.
    > > REPORTAŻ POLSKI > > > > > > > > > > > >> > > > > > KSIĄDZ PAWEŁ ZRZUCA SUTANNĘ
    2
    Nie ma krzyżyka na szyi ani różańca na palcu,
    ale żegna się przed jedzeniem.
    Młody, przed trzydziestką. Mówi szybko, składnie,
    logicznie, konkretnie, bez zbędnego trajkotania. Często się
    uśmiecha, rzuca zabawnymi anegdotami „ze światka
    księżowskiego”. Już nabrał dystansu do tego, co było. I do
    siebie też. Miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć,
    podsumować.
    - Od kiedy odszedłem, czuję spokój - przyznaje. - Mam
    ten komfort, że tam, gdzie teraz mieszkam, nikt nie wie,
    że byłem księdzem. Nie muszę omijać tematu, po prostu nikt
    nie pyta. Zacząłem kolejne studia. Prawo. Na roku uczy się
    kilkuset studentów, cały czas poznajesz kogoś nowego. Mój
    wiek też nikogo nie dziwi, są starsi. Na przykład w mojej
    grupie jest Ewa, która ma męża, dwoje dzieci, 36 lat na karku
    i tak jak ja dopiero zaczęła prawo. Wiemy o sobie tyle, ile
    trzeba. Zupełnie inaczej niż w seminarium, gdzie wszyscy
    o wszystkich wiedzą wszystko, gdzie prawie nie ma miejsca
    na prywatność.
    Moje powołanie to nie było jakieś wielkie bum.
    Nie było wielkich znaków, niebiosa nie upomniały się o mnie
    w jednej chwili, jak o Szawła pod Damaszkiem. Było jak
    zwykle - pobożny chłopak z wioski, który co niedziela czyta
    podczas mszy, gorliwie służy jako ministrant, rozmawia
    z księżmi - każdy widział we mnie przyszłego księdza.
    W pewnym momencie mojego życia po prostu już nie było
    innego wyjścia.
    - Masz 19 lat, gdy chcesz być księdzem i blisko 30,
    gdy już nie chcesz. Co się zmieniło?
    - Wszystko. Po maturze decyduję: idę do seminarium.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbliższe jest w Płocku. Seminarium ma ponad 300 lat.
    Biały gmach ukryty za furtą. Wielkie okna, sklepienia
    sufitów, gustowne ornamenty. W ogrodach zielone alejki,
    figurki świętych. Cisza. Spokój. Na ścianach wąskich
    korytarzy tablice z czarno-białymi fotografiami kleryków,
    którzy tu stawali się księżmi. Poważne oblicza młodych
    chłopców w sutannach, czasem w drucianych okrągłych
    okularach, jak u świętego Maksymiliana Kolbego.
    Po trzydziestu, czterdziestu na kursie. Gładkie pobożne
    twarze, idealna szarzyzna starych fotografii, bez jednego
    pryszcza i głupich min. W sieci można obejrzeć współczesne
    tableau - sześciu, góra dziesięciu kleryków na tle
    rozgwieżdżonego nieba albo olimpijskich kółek.
    Kicz, aż zęby bolą, taka moda. Po drugiej stronie wisi poczet
    rektorów. Legenda głosi, że gdy skończy się miejsce
    na ścianie, zamkną seminarium. Klerycy z rozbawieniem
    odmierzają, że zostało miejsca na dwóch, góra trzech
    rektorów.
    Na rozmowę kwalifikacyjną do seminarium
    przyjeżdżam z proboszczem parafii z moich rodzinnych
    stron jego samochodem. Ksiądz proboszcz tego dnia
    ma obronę swojej pracy magisterskiej, więc wysyła mnie
    po flaszkę na Stare Miasto. Kupuję chyba „Stocka”.
    > > REPORTAŻ POLSKI > > > > > > > > > > > >> > > > > > KSIĄDZ PAWEŁ ZRZUCA SUTANNĘ
    3
    W Płocku byłem wcześniej kilka razy, bo tu odbywały się
    olimpiady szkolne, ale seminarium widzę po raz pierwszy.
    I tę wolno otwierającą się bramę. Akurat ją zapamiętałem.
    Nawet tak wtedy pomyślałem, że wkraczam do innego
    świata. Chciałem być częścią tego świata.
    Przyjęcie do seminarium to właściwie pro forma.
    Trzeba mieć maturę i tyle. Zresztą jako finalista olimpiady
    z teologii katolickiej i tak jestem zwolniony z egzaminów.
    Podczas rozmowy kwalifikacyjnej, w formie egzaminu
    ustnego, ówczesny prorektor pyta mnie tylko o relację wiary
    i rozumu. Papież Jan Paweł II właśnie jest z pielgrzymką w
    Szwajcarii, więc jeszcze o tę pielgrzymkę.
    To było wielkie przeżycie. Pamiętam, że po rozmowie,
    gdy czekałem na proboszcza, wyszedł do mnie kleryk,
    którego znałem z sąsiedniej parafii. Poczułem się prawie jak
    u siebie. Nie mogłem się doczekać, aż do nich dołączę.
    Jakie jest życie kleryka? Nie będę opowiadał o praniu
    przepoconych koszul i brudnych paznokciach albo
    przypadkach złapania kleryków na masturbacji. Nie wiem,
    dlaczego ludzi to tak interesuje, reportaże krążą w internecie.
    Tak jakby seksualność była w seminarium najważniejszą
    sprawą. A przecież są o niebo ważniejsze rzeczy.
    Przekraczam progi seminarium jako zwykły, prosty
    kleryk, który chce być księdzem, służyć Panu Bogu
    i ludziom. Dużo czytam, modlę się, gorliwie przygotowuję do
    kapłaństwa, a nadzieje o byciu księdzem nie gasną
    aż do trzeciego roku. Wtedy nagle zaczęli mi wmawiać,
    że moim największym problemem jest ojciec, który zmaga
    się z chorobą alkoholową. A bycie dorosłym dzieckiem
    alkoholika - tłumaczą mi wykładowcy - ma poważne
    konsekwencje i nawet jeśli teraz ich nie odczuwam, zapewne
    pojawią się w przyszłości. Przez ojca alkoholika można
    nawet nie dostać upragnionych święceń. A ja przecież
    tak bardzo chcę być księdzem. Ojciec duchowny ma
    rozwiązanie: terapia dla DDA.
    Dorosłe Dziecko Alkoholika to niechciany i bezlitosny
    spadek po rodzicu, który pił. Balast emocjonalny,
    psychiczny, duchowy, który dziecko unosi na swych
    wątłych, dziecięcych barkach, a potem niesie przez
    życie. DDA przyjmuje jedną z czterech ról, które rz utują
    na jego życie - bohatera, który zastępuje rodzicowi
    współmałżonka, a rodzeństwu rodzica i mając kilka,
    kilkanaście lat, staje się głową rodziny,
    albo kozła ofiarnego, który wierzga, buntuje się,
    sprawia problemy wychowawcze,
    albo też dziecka we mgle, które ucie ka w swój świat
    wewnętrzny, alienując się coraz bardziej, wreszcie
    maskotki, która wchodzi w rolę duszy towarzystwa,
    rozładowującej napięcia i wyczuwającej potrzeby
    innych. Paweł był bohaterem...
    Terapia opiera się na przekonaniu, że na alkoholizm
    choruje cała rodzina, więc uzdrowić należy nie tylko
    pijącego rodzica, ale i innych członków systemu
    rodzinnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że psychologia to dziś
    królowa nauk. Przyjmowałem wszystko bez zastrzeżeń,
    ufałem im. Skoro ojciec duchowny mówi, że nawet jeśli teraz
    nie mam żadnych problemów z relacjami czy autorytetami,
    to prędzej czy później się pojawią, to znaczy, że ma rację.
    Ojciec duchowny to w seminarium twój spowiednik
    i kierownik duchowy. Kiedyś takie kierownictwo nie było
    obowiązkowe, trzeba było tylko spowiadać się co dwa, trzy
    tygodnie i raz na semestr odbyć rozmowę. Potem zasady
    zmieniono i teraz każdy kleryk wybiera z grona kilku ojców
    duchownych swojego kierownika, spowiada się u niego
    i konsultuje z nim wszystkie ważniejsze decyzje,
    rozmyślania, poglądy, wątpliwości duchowe, emocjonalne,
    moralne.
    Nie ja jeden mam problem z pijącym rodzicem, więc na
    terapię do ośrodka pod Poznaniem jedziemy w pięciu.
    To standardowa terapia oparta na programie dwunastu
    kroków. Jej założeniem jest, że choruje cała rodzina
    alkoholika.
    - Pomogło?
    - Jak cholera. Przytyłem trzydzieści kilo, zaczęła się
    we mnie rodzić nienawiść do własnego ojca i każdego
    autorytetu oraz agresja, z którą zmagam się do dziś.
    Mój współlokator w seminarium przyznał kiedyś, że jak
    wracałem z tygodniowej sesji, to bał się do mnie odezwać,
    bo nigdy nie wiedział, czy nie wybuchnę, taki byłem
    nerwowy. Potem było jeszcze gorzej. Od jesieni 2008 roku
    ksiądz X., opiekun naszego roku, który jest psychoterapeutą,
    rozpoczyna terapię grupową dla naszego rocznika. To modna
    w ostatnich latach terapia z elementami ustawień rodzinnych
    według metody Berta Hellingera, byłego księdza katolickiego
    i misjonarza. Hellinger sam przyznaje, że wiele
    ze stosowanych w swojej terapii praktyk wysnuł z obserwacji
    plemienia Zulusów. Zresztą na stronach propagujących
    tę terapię niektórzy terapeuci nie kryją swoich związków
    z szamanizmem. Niebezpieczna terapia. Niby podobna
    do terapii systemowej, ale jednak Niemieckie Towarzystwo
    Systemowe zdecydowanie się od niej odcina.
    Wygląda to tak - grupa wciela się w członków rodziny
    pacjenta. Nie tylko tych żyjących, ale i zmarłych, nawet kilka
    pokoleń wstecz. Pacjent to ogląda, a na podstawie relacji,
    które tworzą przypadkowe osoby względem siebie,
    ma poznać prawdę o swojej rodzinie. Prowadzący terapię
    interpretuje zachowania. Trzeba wsłuchać się w siebie.
    Wszystko jest ważne. Również to, że na przykład kogoś
    zaswędzi prawe ucho. Albo że komuś zrobiło się niedobrze.
    Nikt nie wie, jak to się dzieje, że osoby, które nie mają
    pojęcia, kim byli ich odlegli przodkowie, nagle uzyskują
    dostęp do tajemnic sprzed lat. Ponoć istnieje „wspólna dusza”
    i wspólne „pole wiedzące”. Ponoć.
    Terapii blisko do tezy lansowanej przez wiele
    środowisk kościelnych, zwłaszcza związanych z Odnową
    w Duchu Świętym, o tak zwanym grzechu
    międzypokoleniowym. Na przykład grzech aborcji babci
    może stać się źródłem cierpień jej córki czy wnuczki, która
    bierze na siebie jej winę. Bo w systemie przeszłości każdy
    > > REPORTAŻ POLSKI > > > > > > > > > > > >> > > > > > KSIĄDZ PAWEŁ ZRZUCA SUTANNĘ
    5
    ma swoje miejsce. I osoba wykluczona, nawet z zaświatów,
    musi odzyskać godność.
    Na terapii pracuje się z duchami. To spirytyzm
    w czystej postaci, ale wtedy byliśmy nim zafascynowani.
    Wszyscy na roku, a było nas dwunastu, braliśmy w tym
    udział. Nie wszyscy mieli problemy psychiczne. Ale ksiądz
    X. powtarzał, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko
    niezdiagnozowani.
    Oficjalnie terapia była po to, żebyśmy zacieśnili więzy,
    zintegrowali się. Rozpoczęło się więc od ćwiczeń na
    integrację. Siadaliśmy w kręgu i odsłanialiśmy najbardziej
    skrywane doświadczenia z naszego życia. Każdy musiał
    opowiedzieć o czterech traumatycznych przeżyciach.
    Ktoś topił się w morzu, ktoś widział makabryczny wypadek,
    ktoś próbował podciąć sobie żyły, inny opowiadał, że
    rodzony brat gasił mu papierosy na ciele. Ktoś inny
    wspominał ze wstydem awanturę z pijaną matką, a komuś
    ojciec powiedział, że jest zerem i nic w życiu nie osiągnie.
    Nurzaliśmy się we własnym sosie traum, zranień,
    kompleksów, win.

    OdpowiedzUsuń
  4. To była rzeźnia. Klerycy z innych
    roczników dziwnie na nas patrzyli, gdy niemal co piątek
    przychodziliśmy na kolację spóźnieni, spoceni, wyczerpani,
    zapłakani. Odizolowaliśmy się od wspólnoty seminarium,
    a i wobec siebie złudna bliskość szybko zamieniała się we
    wrogość. Baliśmy się siebie, bo jeden o drugim dużo
    wiedział, znał sekrety, słabe punkty. Czułem się z tym
    koszmarnie. Bez przerwy odczuwałem czyjąś obecność.
    Na każdy szmer reagowałem lękiem, wszystkie stuki, puki
    interpretowałem jako potwierdzenie czyjegoś towarzystwa.
    Gdy jechałem samochodem nocą, odwracałem się co chwila
    albo wpatrywałem w czerń lusterka, by zobaczyć, czy ktoś
    nie siedzi na tylnym siedzeniu. Gdy się goliłem,
    sprawdzałem, czy ktoś za mną nie stoi, bo wydawało mi się,
    że kątem oka kogoś widzę. Bałem się być sam w pokoju.
    Dorosły chłop, a z lęku przed ciemnością i duchami spałem
    przy zapalonej lampce. Zaczęły się ataki paniki.
    Panika to taki stan, który dopiero jak raz przeżyjesz,
    to wiesz, o czym mowa. To nie do pomylenia z niczym
    innym. Wydaje ci się, że zaraz umrzesz albo postradasz
    zmysły. Wrażenie umierania jest tak silne, że niektórzy
    zaczynają się na głos modlić i żegnać ze światem. Serce wali
    jak oszalałe, tętno skacze jak po biegu na przełaj przed
    rozwścieczonym bykiem, po plecach płynie lodowaty pot.
    Nie możesz złapać tchu, język puchnie ci w gardle.
    Dygoczesz jak w delirce. Sprzedałbyś matkę i ojca, by to coś
    się wreszcie skończyło. Po wszystkim masz wrażenie, że
    walczyłeś o życie, byłeś o krok od zagłady i unicestwienia.
    A potem, choć przeżyłeś i wyczytałeś w książkach, że to
    typowe symptomy, boisz się, że znów przyjdzie i znów
    będziesz bezradny. Byłem kompletnie rozbity. Jakby
    podzielony na kawałki.
    Zacząłem szukać przyczyn tego stanu. Tak jak mnie
    uczono - w mrocznej przeszłości. Od dziadka dowiedziałem
    się o oddziale, który stacjonował w moim rodzinnym domu,
    gdy w czasie drugiej wojny światowej przez naszą wieś
    przechodził front. Chyba tylko jedną noc żołnierze radzieccy
    spali w domu, w każdym razie jeden z nich popełnił
    samobójstwo. Może to przez niego? Może noszę jego winy,
    może muszę coś za niego załatwić tu, na ziemi? W tej terapii
    wierzy się w takie rzeczy. Zwłaszcza w takie.
    Najlepiej właśnie samobójstwo, morderstwo, aborcja,
    wykluczenie. Ty bierzesz na siebie winy przodków, być może
    nawet przypadkowych postaci, które się przewinęły w historii
    twojej rodziny.
    Mój ojciec duchowny utwierdzał mnie w przekonaniu,
    że to przez tego samobójcę tak się czuję. Zadeklarował
    nawet, że odprawi za niego mszę. Podobno odprawił, ale nic
    mi nie pomogło. Powroty do domu na ferie czy święta
    już mnie tak nie cieszyły, bo bałem się tam przebywać.
    Wtedy też pojawiły się po raz pierwszy ogromne problemy
    z pamięcią. Z trudem przychodziło mi zapamiętywanie
    najprostszych rzeczy, nazwisk, nowych słów.
    Wtedy jeszcze nie czułem się ofiarą psychologicznych
    eksperymentów, tylko tego nieszczęsnego żołnierza.
    Aż kiedyś kolega z kursu mówi przejęty: Słuchajcie, musimy
    obejrzeć film „Uwikłanie". To o tej naszej terapii!
    Kilka lat później, gdy byłem już księdzem, po
    imieninach jednego z kolegów z kursu napisałem maila
    do wszystkich uczestników spotkania: „Żałuję ogromnie,
    że uczestniczyłem w tych eksperymentach. Dużo czytałem
    o tym w książce „Zakazana psychologia”, gdzie mamy
    zawartą diagnozę szkodliwości tej terapii. Naprawdę to może
    doprowadzić do destrukcji osobowości, do ciężkiej depresji,
    niszczenia osobowości. Byliśmy w seminarium polem
    eksperymentów i doświadczeń. To jest zbrodnia, jakiej
    dopuszczono się na naszej psychice”.
    Mail wyciekł, ktoś wysłał go do księdza X, naszego
    opiekuna roku. Nazajutrz ksiądz X straszył mnie sądem
    cywilnym, biskupem i w ogóle wszystkim, co najgorsze.
    Za maila do kolegów, rozumiesz? W seminarium i potem
    w wielu parafiach obowiązuje stara dobra zasada PRL:
    „Jak myślisz, to nie mów. Jak mówisz, to nie pisz. Jak
    piszesz, to się nie dziw”. Więc nie dziwię się. Nie mam żalu,
    oni w to wierzą. Żadnego pozwu czy wezwania oczywiście
    nigdy nie dostałem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziwne terapie plus duchowość charyzmatyczna, czyli
    eksperymenty psychologiczno-duchowe, to dopiero
    mieszanka wybuchowa. Takim eksperymentom byliśmy
    poddawani w seminarium i to one w wielu wypadkach
    zaważyły na naszych wyborach w kapłaństwie.
    Ostatnie lata seminarium to bezkrytyczny zachwyt nad
    duchowością charyzmatyczną i zielonoświątkową.
    Bombardowani non stop tylko tym rodzajem duchowości,
    nasiąkaliśmy jak gąbka, nawet nie zauważając, że bardziej
    niż na księży byliśmy uczeni na pastorów
    zielonoświątkowych. Na kilkunastu wykładowców tylko
    dwóch sprzeciwiało się niszczeniu kleryków. Zapłacili za to
    ogromną cenę, łącznie oczywiście z odsunięciem od
    kleryków i całego seminarium.
    > > REPORTAŻ POLSKI > > > > > > > > > > > >> > > > > > KSIĄDZ PAWEŁ ZRZUCA SUTANNĘ
    7
    Historia starszej, pobożnej kobiety.
    Był 25 grudnia, pierwszy dzień świąt. Pani Eliza
    przyszła do kościoła dużo wcześniej przed mszą, by
    pomodlić się przy żłóbku. W kościele jeszcze ciemno, bo
    to zima, paliła się tylko lampka przy bożonarodzeniowej
    szopce. Oprócz kobiety klęczącej przy stajence nie było
    nikogo. Pani Eliza klęknęła obok, wyjęła modlitewnik.
    Nagle na cały kościół rozlega się wielkie łup. Kobieta
    leży jak nieżywa na wznak przed żłóbkiem. Staruszka
    podbiegła do niej, stara się ją cucić: - Spokojnie,
    spokojnie, niech się pani trzyma, a ja zadzwonię po
    karetkę, gdzie jest ta komórka? - pani Eliza gorączkowo
    przeczesuje torebkę.
    Kobieta ani drgnie.
    - Mam, znalazłam, już dzwonię, spokojnie - starsza
    pani walczy z urządzeniem.
    - Pani nie dzwoni, to spoczynek w Duchu Świętym -
    odzywa się wreszcie leżąca na ziemi.
    - Ona sobie spoczywała, a ja mało nie umar łam na
    zawał - opowiadała przejęta pani Eliza.
    Paweł: - To jeszcze nic. Obowiązkowe rekolekcje
    Odnowy w Duchu Świętym odbywały się w kościele Jana
    Chrzciciela, obok seminarium. Kiedyś był to kościół
    seminaryjny. Przed świątynią na wysokim cokole stanęło
    popiersie arcybiskupa Antoniego Juliana Nowowiejskiego,
    zamęczonego w hitlerowskim obozie w Działdowie.
    Większość i tak myśli, że to pomnik Jana Pawła II, pewnie
    przez mitrę.
    W tym kościele rekolekcjonista uczył nas otwarcia na
    Ducha Świętego. Między innymi właśnie na spoczynki zwane
    też zaśnięciami w Duchu Świętym. Ksiądz, a czasem
    i świeccy obdarzeni „charyzmatem”, kładą ręce na głowie
    podchodzących wiernych, a ci jak zemdleni lecą do tyłu.
    Za nimi stoją inni, zawsze ktoś łapie tych „spoczywających”.
    W tle schola śpiewa: „Duchu Święty przyjdź... Duchu Święty
    przyjdź...”, czasami słychać bębny jak w afrykańskim transie.
    I tak w koło Macieju.
    Widziałem, jak ludzie padali w ławkach, gdy ksiądz
    krzyczał: „Zstąp, Duchu Święty”, jak kładli się pokotem
    na podłogę nawet bez dotyku, na samo słowo. Położyłem się
    i ja, skoro wszyscy padali jak muchy po nałożeniu rąk przez
    opiekuna roku. Zresztą to był kawał chłopa i tak mocno na
    mnie napierał, że wreszcie się poddałem. Część pewnie czuła
    to co ja, czyli właściwie nic, ale myślę, że wielu nie udawało.
    Sęk w tym, że poddawali się po prostu silnej sugestii,
    odpowiedniemu nastrojowi, może hipnozie albo zbiorowej
    histerii. Histeria potrafi naśladować prawie każdy stan,
    duchowy, emocjonalny, fizyczny.
    Rekolekcjonista uczył nas też otwarcia na tzw.
    dar języków. Prawie zawsze wygląda to tak samo -
    po wprowadzeniu jakąś monotonną transową piosenką,
    zaczynasz bełkotać jak małe dziecko. Oczywiście i ja
    bełkotałem, chciałem się przecież otworzyć na działanie
    Ducha Świętego. Otwarcie przychodziło z trudem, więc rosło
    we mnie poczucie winy, że coś robię źle, że inni lepiej to
    przeżywają. Z jednej strony ktoś gęga, z drugiej inny upada.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gęgasz i ty, wmawiając sobie, że to dar języków, chociaż
    rozum podpowiada - nie po to Duch Święty obdarzył
    apostołów umiejętnością mówienia językami, żeby bełkotali
    bez sensu.
    Czym innym jest tzw. „wylanie Ducha Świętego".
    To jeden z etapów rekolekcji, czasami połączony
    ze spoczynkiem w Duchu Świętym. Kładą ci ręce na głowie
    prosząc o wylanie darów Ducha, rozpalenie ognia miłości
    i takie tam. Potem czytają fragment Pisma Świętego i pytają,
    czy do ciebie przemawia. Trudno, żeby nie przemawiał,
    skoro to Słowo Boże...
    Jedną z bardziej przerażających praktyk był tak zwany
    holy laughter, czyli święty śmiech, zwany też czasami
    Toronto Blessing. To rzekomo kolejny dar Ducha,
    dar śmiechu, gdy ktoś zaczyna histerycznie rechotać podczas
    adoracji Najświętszego Sakramentu.
    Jako klerycy obowiązkowo musieliśmy też jeździć do
    Rybna. To taka wieś pod Sochaczewem. Mieszkają tam
    siostry, które nie są zakonnicami, tylko stowarzyszeniem
    świeckich. W hierarchii kościelnej niżej być nie można.
    Twierdzą, że dom opisany w „Dzienniczku” siostry Faustyny
    to właśnie stara plebania w Rybnie. I że to one tworzą
    klasztor klauzurowy, o którym pisała mistyczka. Wiele
    wątpliwości mają co do tego siostry zakonne z macierzystego
    zgromadzenia świętej.
    Rybno stało się sławne dzięki księżom z naszego
    seminarium. To oni ciągle tam przesiadywali, wysyłali
    kleryków. Potem był artykuł w „Gościu Niedzielnym”.
    O siostrach i o cudach w mazowieckiej wsi. Cuda były takie,
    że jedna z sióstr miała apetyt na słodycze, aż tu nagle
    z cukierni przysłano tort. Albo że Duch Święty trąbą
    powietrzną im snopki przerzucał, gdy nie miały siły. Ponoć
    z silnej depresji w Rybnie wychodzi się od ręki - od 15 minut
    do dwóch dni.
    Pierwszy raz pojechaliśmy tam zimą, na początku 2008
    roku. Po sesji egzaminacyjnej opiekun naszego roku, ksiądz
    X, ten sam, który prowadził terapię ustawień według
    Hellingera, zapakował nas w samochód i wywiózł do Rybna.
    Siostry opowiadały nam głównie o tym, co diabeł może,
    jakie to opętane osoby przyjeżdżają do Rybna, jak tu
    odnajdują ukojenie. Wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy
    o furtkach złego ducha i spowiedzi furtkowej.
    Spowiedź furtkowa to wymysł ostatnich lat,
    wcześniej taka praktyka nie była znana w Kościele.
    Mówiąc o jej źródłach, wskazuje się na
    Krąg Miłosierdzia Kapłanów, który został założony
    przez stowarzyszenie sióstr z Rybna. Polega na
    spowiadaniu się z tak zwanych furtek, przez które ma
    działać w życiu człowieka szatan, i zamykaniu ich.
    Ksiądz z penitentem podczas spowiedzi mogą
    przeprowadzać szczegółowy rachunek sumienia na
    podstawie listy pytań o „furtki” dla złego ducha,
    którymi są m.in. winy przodków. Często spowiedź
    furtkowa jest połączona z tzw. modlitwą o uwolnienie
    lub nawet egzorcyzmami. W tym roku wydano opinię
    teologiczną, która jasno stwierdza, że taka spowiedź
    jest poważnym zagrożeniem duchowym. Na podstawie
    opinii teologów polski episkopat oficjalnie zakazał
    praktykowania tej formy spowiedzi.
    Siostry robiły z przyjeżdżającymi do Rybna
    szczegółowy rachunek sumienia, by ustalić, którędy, jakimi
    drogami, mógł wniknąć zły duch. Katalog tych „furtek” coraz
    bardziej się rozrastał, powstała obszerna lista pytań.
    Stawiałeś tarota? Była nienawiść w domu? Jak układały się
    relacje z ojcem? Uprawiałeś radiestezję? Czy w rodzinie była
    aborcja? Alkoholizm? Samobójstwo? Były? No to mamy
    odpowiedź o furtkę złego ducha - przekonywały, a księża
    z zapałem im przytakiwali.
    Co my na to? Wpadliśmy w zachwyt. No bo jak
    nie wierzyć, jeśli mówi ci to ksiądz profesor doktor
    habilitowany. A przecież te dziwactwa tak łatwo obalić.
    Jedno z pytań furtkowego katalogu brzmi: czy jadłeś jedzenie
    ofiarowane bożkom? Zaraz, zaraz, ale skąd penitent ma to
    wiedzieć? - pytaliśmy sióstr. Jak spowiadać się z czegoś,
    co wyklucza udział mojej woli i obiektywnej winy?
    Albo pytanie o aborcję babci czy samobójstwo dalekiej
    ciotki. Dlaczego ktoś ma się spowiadać z cudzych grzechów?
    Siostry: jak ktoś pali w twojej obecności, to choć sam
    stronisz od papierosów, szkodliwy dym truje również ciebie,
    prawda? I tak samo działa diabeł.

    OdpowiedzUsuń
  7. Potem, gdy już jako ksiądz byłem w Wojsku Gedeona,
    czyli kolejnej charyzmatycznej wspólnocie, też tak
    spowiadałem.
    Wojsko Gedeona powstało w diecezji płockiej
    w 2002 roku z Odnowy w Duchu Świętym i Oazy jako
    nowa forma poszukiwań formuły organizacyjnej dla
    skutecznego propagowania duchowości
    charyzmatycznej, tym razem wśród młodzieży.
    Jeden z założycieli Wojska równocześnie formuje
    duchowo kleryków w płockim seminarium, jest też
    diecezjalnym egzorcystą, bardzo angażuje się w
    inicjatywę. Młodzi często wyjeżdżają na tzw. rekolekcje
    ewangelizacyjne, podczas których „otwiera się na
    charyzmaty”, w Wojsku stosowano również spowiedź
    furtkową.
    Spowiadając, razem z penitentem szukaliśmy furtek:
    Ale zobaczyłem, że ludziom od tego grzebania w przeszłości
    wcale nie jest lepiej, tylko gorzej. Przestałem.
    To absolutnie diabelskie narzędzie do niszczenia
    wiernych, sakramentów i antropologii. Jakże uzależnia od
    siebie ludzi, którzy zaczynają wierzyć, że jedynym
    rozwiązaniem jest spowiedź furtkowa, uwolnienie z grzechu
    międzypokoleniowego, otwarcie się na dziwne charyzmaty
    plus najlepiej jakaś terapia! Tak naprawdę dostajesz jednak
    tylko poczucie winy, że niby wpadłeś w te wszystkie sidła,
    które zastawił na ciebie diabeł. To cię odsuwa od dobrego
    Pana Boga. Na mnie zastosowano to wszystko w pakiecie.
    Dało to, co dało. Nie jestem już księdzem.
    Pomimo mocnej w tonie opinii teologicznej i zakazu
    spowiedzi furtkowej, część jej propagatorów postanowiła
    przeczekać burzę i po cichu robią swoje, inni dyskutują,
    rozmydlając sens zakazu.
    Wspólnota Przymierza Rodzin Mamre, o mój Boże, to
    był chyba największy odlot. Wspólnota narodziła się w archidiecezji
    częstochowskiej w latach 80., z oazy. Teraz ma już
    swoje oddziały w wielu polskich miastach. Nazwę wzięła od
    miejsca pod dębami, gdzie Bóg spotkał się z Abrahamem.
    W Mamre uważają, że za każdym grzechem, każdym
    nałogiem stoi inny demon. Jest demon nikotyny, demon
    alkoholu, narkotyków i tym podobne. Swojego demona ma
    też każda choroba, a czasem nawet przedmiot...
    Toż to animizm afrykański w czystej postaci. Poza tym
    ośmiesza prawdziwe egzorcyzmy i zobojętnia na rzeczywisty
    spryt szatana, który jest inteligentniejszy od nas.
    Mój kumpel, zresztą też ksiądz, szybko wyleczył się
    z fascynacji Mamre, gdy zawiózł całą swoją rodzinę
    na tak zwaną mszę z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie.
    Od tych diabłów, co męczą człowieka. W każdym razie
    ksiądz zapakował do samochodu ojca alkoholika, matkę,
    która nałogowo paliła, dwie siostry i zawiózł ich na tę mszę,
    licząc, że zostaną uzdrowieni. W kościele tłum.
    Zaczynają się typowe dla wspólnoty Mamre rzeczy - ktoś
    przeraźliwie wyje, słychać demoniczne piski i krzyki,
    diabelskie chichoty, ksiądz każe demonom wyjść z kogoś
    tam, ludzie osuwają się na ziemię.
    Matka mojego kolegi zaczęła płakać, wybiegła przed
    kościół i paliła jednego papierosa za drugim, jedna siostra
    leżała nieprzytomna w spoczynku, druga płakała.
    Tak to rodzinę mojego kolegi rozjechał walec Mamre.
    Teraz można się z tego śmiać, ale gdy pierwszy raz
    zobaczyłem publiczne egzorcyzmy, gdy widziałem,
    jak ksiądz wciska na siłę stułę w usta jakiejś osoby, w którą
    ponoć wszedł demon, bo jadła pokarmy ofiarowane bożkom,
    byłem przerażony.
    Ale choć na niedzielnych mszach szeregi wiernych
    coraz bardziej rzedną, to na takie spotkania przychodzą
    tłumy. Ludzie szukają duchowości prymitywnej,
    ale spektakularnej. Niektórzy uzależniają się od tych wrażeń.
    Zresztą ja sam, i jako kleryk, i potem po święceniach też,
    widziałem to wszystko i wierzyłem, że jest to - jak mi
    powiedziano w seminarium - pierwotne, apostolskie działanie

    OdpowiedzUsuń
  8. Ducha Świętego, tak jak u pierwszych chrześcijan.
    Byłem na ostatnim roku, gdy pierwszy raz przebiegło
    mi przez myśl: „A co, jeśli ja tu marnuję łaskę Bożą”?
    Ale nie było czasu na rozważanie. Pisałem pracę magisterską,
    uczyłem się do końcowych egzaminów, przygotowywałem
    się do święceń.
    Magisterium robiłem z pism kardynała Newmana,
    jednego z najważniejszych angielskich teologów, który nota
    bene przeszedł na katolicyzm z anglikanizmu. Praca
    dotyczyła koncepcji sumienia. To on był autorem słynnej
    maksymy, że jeśli przyrównać religię do toastów, to wypiłby
    najpierw za sumienie, a dopiero później za papieża.
    - Pawła wszyscy lubili, nie był jakimś odludkiem,
    z własnej nieprzymuszonej woli wybraliśmy go
    na przewodniczącego samorządu kleryck iego
    - wspominają koledzy. - Był wesoły, sympatyczny.
    Problem w tym, że nie był dyplomatą, zawsze z grubej
    rury mówił, co myśli, nieważne, czy do kolegi z roku, czy
    do przełożonych.
    Mimo że był niepokorny i nie trzymał języka za
    zębami, zgodę na święcenia dostał od razu, w pierwszym
    rzucie.
    Przyjął je z rąk biskupa płockiego 12 czerwca 2010
    roku. Jako motto na obrazek prymicyjny wybrał
    fragment psalmu 37.: ,,Powierz Panu swą drogę i zaufaj
    Mu: On sam będzie działał”.
    Paweł: - To było wielkie przeżycie. Jako dziekan
    kursowy dziękowałem biskupowi w imieniu wszystkich
    diakonów. Była moja rodzina. Mówili, że byłem bardzo
    radosny, uśmiechnięty. Rwałem się do służby Bogu
    i ludziom. Za grosz nie wierzyłem starszym księżom,
    gdy mówili do nas: „Drodzy klerycy, życie was zgwałci”.
    Dziś najlepiej pamiętam, jak trzymając ręce w dłoniach
    biskupa, przyrzekałem mu posłuszeństwo. Nie wiedziałem,
    że to tyle kosztuje. Naprawdę nie wiemy, co przyrzekamy.
    Dzień po święceniach prymicja, czyli pierwsza msza,
    tradycyjnie odprawiana w rodzinnej parafii. W kościele
    św. Mikołaja sprawuję pierwszy raz Najświętszą Ofiarę.
    Pamiętam, że idąc do ołtarza, kątem oka widziałem, że moim
    bliskim ciurkiem ciekną łzy po twarzy. Nie tylko rodzicom,
    ale i przyjaciołom, rodzinie, nawet moim nauczycielom
    z podstawówki. Miałem na sobie biały ornat.
    Nie taki paskudny plastikowy, tylko porządny, kupiony
    w Poznaniu. Po prymicji zostawiłem go jako dar dla mojej
    parafii. Nie, nie ma takiego zwyczaju, po prostu taką miałem
    potrzebę.
    Byłem bardzo wzruszony i stremowany. Ale gdy już
    stanąłem przy ołtarzu, odczułem wielki spokój i cały stres
    minął.
    Tylko raz coś mnie rozproszyło. Proboszcz kazał
    siostrze zakonnej ustawić pod figurą Pana Jezusa flakony
    z kwiatami, chociaż protestowałem, wskazując, że i tak jest
    mało miejsca. Ale kazał i już. I potem, gdy zamaszystym
    krokiem ruszył zbierać na tacę, przewrócił te wazony. Kwiaty
    leżą, woda rozlana, siostra rzuca się na ratunek. Ledwo
    zdążyła się z tym uporać, już proboszcz wraca z tacą i sru,
    znów zahaczył sutanną i je przewrócił...
    Po prymicji uroczysty obiad, tak zwane „wesele dla
    księży”. Było mnóstwo osób, chyba ze sto. Jeden
    z zaproszonych księży powiedział po moim kazaniu, które
    wygłosiłem, że chciałby, żebym tak przemawiał na jego
    pogrzebie. I że widać, że jestem wrażliwy i mądry. To było
    dla mnie ważne.
    Zaraz potem wyjechałem „na parafię” - zastępstwo
    wakacyjne w miejscowości D. To w diecezji płockiej stolica
    charyzmatyków. Włos się jeży na głowie, co się tam
    wyprawiało. Proboszcz, oczywiście niepoprawny
    charyzmatyk i egzorcysta, był swego czasu hołubiony
    w diecezji i stawiany przez górę za wzór dla innych księży.
    Ale kilka miesięcy temu nagle został zawieszony i wysłany
    na roczny urlop. Mówi się, że publiczne odprawianie
    egzorcyzmów nad opętaną dziewczyną, która mieszkała
    na plebanii, to już było za dużo. Przede wszystkim dlatego,
    że jedna z uczestniczek tego wstrząsającego wydarzenia
    wylądowała w szpitalu z objawami paraliżu. Po seansach
    ludzie wybiegali z kościoła i wymiotowali.
    Jednak zaraz po święceniach jeszcze tego wszystkiego
    nie poznałem. Ponieważ było to wakacyjne zastępstwo,
    na plebanii mieszkałem sam, tylko z gosposią.
    Parafia sprzeczności. Z jednej strony wiekowy kościół,
    z drugiej nowoczesność, wielkie pieniądze wpakowane

    OdpowiedzUsuń
  9. w budowę domu rekolekcyjnego, telewizja internetowa,
    radio, fundacja, ponoć nawet specjalny wyciszony gabinet
    do egzorcyzmowania. Na parafialny festyn, wielkie święto
    w maju, przyjeżdżał Bayer Full albo Jan Pietrzak.
    Ale ja wspominam czas spędzony w D. bardzo miło.
    Może dlatego, że byłem tam praktycznie sam, tylko
    z gosposią tamtejszej plebanii, bardzo życzliwą, pobożną
    kobietą. Byłem świeżo upieczonym księdzem. Przez pół lata
    odprawiałem msze, spowiadałem, organizowałem ogniska dla
    młodzieży, rajdy rowerowe. Tak jak powinno być.
    Jego historia sięga średniowiecza, ale obraz może
    się wydawać niespójny. Trochę jakby jakiś architekt,
    gdzieś spóźniony, w pośpiechu i niedbale wziął przód
    jednego kościoła, tył drugiego i nie patrząc, czy pasuje,
    skleił w jedną świątynię. Z jednej strony czerwona cegła
    i szary dach, z drugiej otynkowany odwłok z zieloną
    dachówką. Prawdopodobnie postawiono go w miejscu
    pogańskiego chramu. Wewnątrz, pośrodku barokowego,
    lśniącego złotem ołtarza, Matka Boska Częstochowska.
    I oczywiście elektroniczna tablica, na której wyświetla
    się pieśni dla wiernych, którzy od kilku dziesięcioleci nie
    przynoszą do kościoła modlitewników. Pierwsza parafia
    księdza Pawła. Prawdziwa parafia.
    Jest jesień 2010 roku. Gdy jadę do S., nie przypuszczam,
    że kilka lat później napiszę do biskupa:
    „Odniosłem wrażenie, że Kuria Diecezjalna doskonale zna
    różne uwarunkowania i okoliczności (towarzyskie, moralne,
    finansowe) obecne na wielu plebaniach, a pomimo to wysyła
    tam młodych księży zaraz po święceniach kapłańskich.
    Po co? Dlaczego po szkodliwych eksperymentach
    seminaryjnych, z rozbitą osobowością, zostałem wysłany do
    takiej właśnie parafii? Dlaczego Ksiądz Biskup podjął taką
    decyzję? Żebym się tam całkowicie wykończył?”.
    Moje mieszkanie na plebanii ma jakieś 30 metrów
    kwadratowych. Dwa pokoje, łazienka i dojmująca pustka.
    Puste okna bez firanek, gołe ściany upstrzone jedynie
    kilkunastoma dziurami po gwoździach, w łazience
    odpadające płytki. Na suficie dynda żarówka, brakuje choćby
    żyrandola.
    W tym, co jest grane na plebanii, orientuję się bardzo
    szybko. Mam dwadzieścia parę lat, więc rozczarowanie
    duchowieństwem jest dla mnie traumatycznym
    doświadczeniem. Pierwsze trzy miesiące to pustka
    i codzienny płacz.
    Świeccy wyobrażają sobie plebanię jak w „Ojcu
    Mateuszu” albo „Plebanii” właśnie. Księża w sutannach
    siadają do wspólnego posiłku przy okrągłym stole,
    koniecznie z haftowaną serwetą. Siwy, dobrotliwy starszy
    ksiądz proboszcz rozpoczyna modlitwę nad parującą znad
    porcelanowego talerza zupą. A pulchna gosposia z nosem
    ubrudzonym mąką i pstrokatą chustą na kruczoczarnych,
    tylko gdzieniegdzie przyprószonych siwizną włosach,
    dostawia kompot i przynosi drugie danie.
    Potem obowiązkowo ciasto z kruszonką, która wpada między
    dziurki haftu, i którą można wydłubywać z zatroskaną miną
    podczas pogawędki o zbożnych sprawach. Ten obraz ma
    mniej więcej tyle wspólnego z prawdą, ile szpital w serialu
    „Na dobre i na złe” z rzeczywistością służby zdrowia.
    W S. jestem sam, nikt ze mną nie rozmawia.
    Gdy wracam na plebanię po lekcjach w szkole, przed
    drzwiami mieszkania stoi zimny obiad. Gospodyni nie będzie
    przecież na mnie czekać. Pardon, nie gospodyni, tylko PANI.
    Tak zawsze mówi o niej proboszcz.
    Potem razem z drugim wikarym kupujemy szafkę
    do korytarza, więc obiad „pani" zostawia na tej szafce.
    Jest tak samo zimny, ale chociaż nie z podłogi.
    Proboszcz jest po sześćdziesiątce, siwe włosy czesze
    do góry, stawia figlarną fryzurkę. Wie, że znam jego sekrety
    i że mi się to nie podoba. Mimochodem nakłania, żebym
    poprosił biskupa o przeniesienie do innej parafii.
    Ale wciąga mnie życie poza plebanią. Mam dobry
    kontakt z młodzieżą, z ministrantami. Na różaniec
    przychodzi najpierw kilkanaście osób, potem ponad
    pięćdziesiąt. Spowiadam, przygotowuję uczniów
    do bierzmowania. Przychodzi do mnie młody człowiek
    i mówi, że nie wierzył w Pana Boga, ale dzięki mnie
    uwierzył. To marzenie każdego księdza. Nigdy tego nie
    zapomnę.

    OdpowiedzUsuń
  10. zapomnę.
    Do każdego kazania przygotowuję się cały tydzień.
    Szperam w książkach, rozmawiam, rozmyślam, a w sobotę
    przelewam to wszystko na papier. Możesz mi nie wierzyć,
    ale nie zdarzyło się, żebym wygłosił kazanie, którym bym
    nie żył.
    Wielu księży nie cierpi nauczania religii, ja bardzo
    lubię. Poprzedni katecheta w ogóle sobie nie radził, prawie
    co lekcja wysyłał kogoś do psychologa i pedagoga
    szkolnego. Ja mam dobry kontakt z młodzieżą, po maturze
    zapraszają mnie nawet na grilla, na którym nie ma innych
    nauczycieli.
    Z sukcesami dydaktycznymi bywa różnie. Pamiętam
    pierwszy sprawdzian w zawodówce. Kazałem napisać Credo,
    a potem ryczałem ze śmiechu, co oni tam nawypisywali.
    Umarł pod pączkiem Piłatem.
    Albo pod płońskim Piłatem.
    Zdarzało się też pod płockim Piłatem.
    No i absolutny hit: Ukrzyżowan, umarł i zakopion.
    Przyjął ciało z rąk swoich.
    Narodził się z Marnej Panny.
    Na pytanie, co to jest Skład Apostolski, dostawałem
    natychmiastową odpowiedź: św. Piotr, św. Paweł, św. Jan...
    To z braku wiary. Jeśli wierzę, to chcę poznawać,
    dowiedzieć się jak najwięcej, a jak nie, to mam to gdzieś.
    Trójca Święta? Święty Józef, Matka Boska, Pan Jezus.
    Czasem trafia się też papież.
    ***
    - Nie odprawiłby ksiądz rekolekcji Odnowy w Duchu
    Świętym? - w trakcie drugiego roku mojego pobytu w S.
    pada propozycja. Zgadzam się skwapliwie i tak, jak mnie
    uczono w seminarium, powalam ludzi na ziemię. Organizuję
    co miesiąc Wieczór Uwielbienia, coś takiego jak płockie
    Wieczory Chwały.
    Wieczory Chwały to comiesięczne spotkania
    modlitewne, w Płocku organizowane przez sale zjanów
    i młodzież skupioną przy duszpasterstwie akademickim.
    W szczytowym okresie Wieczory Chwały gromadziły
    na płockiej Stanisławówce kilkaset osób, głównie
    młodych, a autokary, które parkowały przed kościołem,
    miały rejestracje z całej diecezji, a nawet z innych
    regionów Polski. Płocki amfiteatr, do którego Wieczór
    Chwały przenosi się co roku w maju, mieścił nawet kilka
    tysięcy osób. Po jakimś czasie liczba zaczęła maleć
    i obecnie spotkania odbywają się w mniejszym kościele.
    Inicjator Wieczorów Chwały porzucił kapłaństwo,
    dziś pracuje jako psychoterapeuta.
    Przebieg zazwyczaj jest podobny - spotkanie
    rozpoczyna się, gdy za oknem zaczyna się ściem niać,
    by grą kolorowych świateł tworzyć odpowiednie
    widowisko. Zespół intonuje pieśń „Duchu Święty
    przyjdź" albo śpiewa po prostu słowo „Jezus", jest też
    miejsce na dramę odgrywaną przez członków
    duszpasterstwa, najczęściej opowiada jącą o różnych
    zniewoleniach człowieka. Potem ko lorowe kształty
    przestają tańczyć na ścianie, robi się całkiem ciemno,
    a snop światła pada jedynie na księdza trzymającego
    monstrancję. Snop światła podąża za przechodzącym
    pomiędzy uczestnikami spotkania. Nierzadko kolejnym
    etapem są „brawa dla Jezusa”.
    Każdy Wieczór Uwielbienia wygląda tak samo.
    Uwielbiamy, przywołujemy Ducha Świętego, padamy,
    wstajemy. Na ścianie tańczą fantastycznie kolorowe światła,
    pięknie to wygląda na zdjęciach. Przechodzę z Monstrancją
    po kościele i błogosławię nią ludzi. Snop światła skierowany
    jest prosto na mnie. Jak w teatrze.
    Zakładam w S. oddział Wojska Gedeona, zabieram
    młodzież na rekolekcje. Egzorcyzmy są tu rozdawane jak
    cukierki. W modlitwie o uwolnienie używa się drugiej osoby
    liczby mnogiej, egzorcyzmuje się hurtowo. Duchy
    podejrzliwości, odejdźcie, duchy kradzieży, nikotynizmu,
    bogacenia się ziemskiego, duchy zabijania nienarodzonych,
    wróżenia i uroków, oddalcie się i idźcie do piekła.
    Wyjeżdżam kilka razy na rekolekcje z młodzieżą
    z Wojska. Duchowość młodych jest rozgrzana, są gotowi
    oddać życie za wiarę, chcą wstąpić do zakonu. Po powrocie
    do domu wszystko stygnie, niektórzy piją, palą, ćpają
    jak dotąd.
    Dwa lata po święceniach wyjeżdżam do Krakowa na
    studia doktoranckie z bioetyki. Cieszę się. Odejdę z parafii,
    w której czuję się obco.
    W Krakowie kościół jest nowy, wygląda jak klocek
    z wieżą minaretu. Jestem tam rezydentem.
    Rezydent to ksiądz, który mieszka na terenie parafii, trochę
    pomaga w pracach duszpasterskich, ale generalnie zajmuje

    OdpowiedzUsuń
  11. się przede wszystkim swoimi sprawami. Rezydentami
    są głównie studenci, naukowcy, księża na urlopach
    zdrowotnych, wykładowcy, emeryci.
    Jestem rezydentem, ale proboszcz traktuje mnie jak
    wikarego. Przygotowuję ministrantów, lektorów a także
    młodzież do bierzmowania, głoszę kazania, chodzę
    do chorych, siedzę w kancelarii.
    Słowem: prowadzę normalne życie wikarego. Gdy trwa
    kolęda, przez miesiąc nie widzę uczelni, bo proboszcz
    zabronił.
    Zajęcia mam dwa razy w tygodniu - we wtorki i środy.
    Którejś środy akurat mam odprawić pogrzeb.
    - Księże proboszczu, czy mógłby mnie ktoś zastąpić,
    bo mam ważne wykłady? - proszę proboszcza.
    - Nie siedzi tu ksiądz za darmo - cedzi. Zamiast na
    zajęcia, idę na pogrzeb.
    Proboszcz wie wszystko. Przed plebanią, przed
    kościołem i w środku jest łącznie czternaście kamer.
    Pełna inwigilacja dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    Codziennie rano przez dwie godziny wysłuchuję, że:
    - wczoraj, wychodząc z plebanii, nadepnąłem na
    trawnik (a powinienem patrzeć pod nogi, bo trawę zadepczę),
    - założyłem zły ornat (trzeba było włożyć złoty),
    - zagiąłem sukienkę od puszki w tabernakulum (nie
    powinienem jej zagiąć),
    - śmiałem się z ministrantami (msza nie jest od
    śmiechu),
    - nie pogłaskałem dziecka po główce podczas zbierania
    na tacę (dziecko czekało).
    Znał każdy nasz ruch. Nie tylko mój, ale i trzech
    zakonnic, które mieszkały w naszej plebanii.
    Kraków staje się szarpaniną, stres, pośpiech odbijają się
    na mojej psychice. Jestem kłębkiem nerwów. Gdy po ponad
    miesiącu kończy się kolęda i docieram na uczelnię, wpadam
    od razu na trzy egzaminy. Czuję się coraz gorzej i gorzej.
    W lutym piszę do biskupa. Uprzejmie proszę
    o przeniesienie mnie do Warszawy, ponieważ nie mogę
    jednocześnie studiować i być wikarym - opisuję biskupowi
    całą sytuację.
    Kuria jest na nie.
    Za to latem 2013 roku, ni stąd ni zowąd, zostaję
    wysłany na studia do Rzymu. Marzenie wielu księży, ale ja
    trafiam do Wiecznego Miasta w stanie kompletnego
    rozwalenia emocjonalnego. Jestem na skraju wytrzymałości
    psychicznej. Wracają koszmary z seminarium. Nie uczę się,
    nie rozmawiam z kolegami, nie zwiedzam miasta.
    Całymi dniami siedzę sam w pokoju. Boję się wychodzić,
    płaczę, chcę umrzeć, nie istnieć.
    Czasami kapelanowi biskupa Jana Szlagi, do którego
    mam zaufanie, udaje się wyciągnąć mnie na spacer.
    Kapelan to bardzo miły, spokojny człowiek, który normalnie
    się do mnie odezwał. Był naprawdę w porządku.
    Ale z reguły jestem sam. Jako jedyny chodzę na kurs
    językowy z włoskiego, więc mijam się z kolegami.
    Sam jem śniadania, obiady i kolacje.
    W Kolegium Polskim w Rzymie posługują bracia
    Najświętszego Serca Jezusowego. „Brat” to, w odróżnieniu
    od „ojca” - zakonnik bez święceń kapłańskich.
    Nie może odprawiać mszy ani sprawować sakramentów.
    W Rzymie bracia zajmowali się sprawami organizacyjnymi,
    zaopatrzeniem, ale także sprzątaniem. Pamiętam przykre
    zdarzenie, gdy jeden z nich podszedł do mnie i powiedział,
    że dopóki tam nie mieszkałem, to w łazience było czysto,
    a teraz jest bałagan. - Przecież z łazienki korzystają też inni
    księża - broniłem się. Dlaczego myślał, że to ja? Czułem się
    tam bardzo obco.
    Rzym w ogóle zrobił na mnie złe wrażenie. Pamiętam
    pierwszy Anioł Pański z papieżem Franciszkiem.
    Koncelebrowałem mszę w watykańskiej bazylice, a po mszy
    był właśnie Anioł Pański na Placu Świętego Piotra.
    Wyglądało to tak, że głośny, spocony tłum napiera na siebie,
    gniecie się nawzajem i w ogóle nie słucha, co ten papież tam
    mówi. Ludzie się drą i widać tylko las komórek, którymi
    robią zdjęcia. Jedynym moim marzeniem było jak najszybciej
    się stamtąd wydostać. Z placu i z Rzymu.
    Już na jesieni tego samego roku ostatkiem sił wracam
    do Polski. Zatrzymuję się u swojej siostry, biorę leki
    antydepresyjne.
    Wtedy pierwszy raz pojawia się myśl, by odejść.
    Myślisz, że ktokolwiek przejął się moją sytuacją?
    A skąd. W Kurii są wściekli, że zmarnowałem szansę

    OdpowiedzUsuń
  12. studiów w Rzymie. Do tej pory pewnie uważają, że jestem
    niewdzięcznikiem. Diecezja mi tyle dała, a ja zwiałem
    z Rzymu.
    Wyraźnie mówię biskupowi, w jakim stanie jest moja
    psychika. Proponują mi - o ironio - kolejną terapię.
    Tym razem się nie zgadzam. Płacząc, proszę o przydzielenie
    mnie do pomocy duszpasterskiej w jakiejś spokojnej parafii
    w diecezji. Podaję trzy miejsca. W dwóch mnie nie chcą,
    zgadza się tylko proboszcz parafii w Zakroczymiu, ksiądz
    Jerzy Bieńkowski.
    Przysyłali do niego trudnych księży. Przygarniał takich
    jak ja, psychicznie rozwalonych albo zbuntowanych,
    krnąbrnych albo chorych, na przykład na raka. Tych, których
    nikt nie chciał. Czasami, jak w seminarium nie mogli się
    zdecydować, czy święcić jakiegoś delikwenta czy nie,
    wysyłali go do księdza Bieńkowskiego. Niech on zdecyduje,
    czy się nadaje. To człowiek niewysłowionej dobroci, taktu,
    prostoty, życiowej mądrości i niezwykłej... normalności.
    Tak, normalność w tych czasach jest niezwykłą cechą. Dla
    mnie było to piąte miejsce w ciągu trzech lat kapłaństwa.
    Trafiłem tam kompletnie rozwalony, wyglądałem jak zbity
    pies.
    - Nie widziałem jeszcze nikogo w takim stanie -
    słyszałem, jak mówił o mnie wikaremu.
    Dzięki niemu powoli dochodziłem do siebie. To były
    pierwsze cztery normalne miesiące. Pierwszy raz ktoś ze
    mną rozmawiał, podsuwał ciekawe lektury, traktował
    poważnie. Pierwszy raz zobaczyłem normalne życie
    kapłańskie. Pierwszy raz normalnie spałem, modliłem się,
    uczyłem się szanować siebie i rodzinę.
    On, ja, wikary i organista spotykaliśmy się wieczorami.
    Rozmawialiśmy, oglądaliśmy telewizję albo filmy. Uwielbiał
    Louis de Funès, podśpiewywał ludowe przyśpiewki i potrafił
    się odciąć celną ripostą.
    Gdy proboszcz z sąsiedniej parafii dowiedział się, że na
    plebanii mieszka rezydent, chciał koniecznie wziąć mnie
    do szkoły, żebym uczył religii. Ale ksiądz Jerzy się
    nie zgodził. - Niech odpocznie, nabierze sił - tłumaczył.
    W Zakroczymiu jest pięknie - gotycko-renesansowy
    kościół z czerwonej cegły otoczony drzewami, krzewami,
    między nimi bielutka figura Matki Boskiej.
    Ksiądz Bieńkowski choruje od dawna na mnóstwo
    różnych chorób. Wysiada układ krążenia, oddechowy,
    zapchane żyły dają o sobie znać. 17 lutego 2014 roku zastaję
    go w pokoju. Siedzi na łóżku, jest przytomny, ale chyba
    w gorączce. Wygląda, jakby tracił kontakt z rzeczywistością.
    Zapytałem przerażony: - „Księże, co się dzieje?!”
    Odpowiedział bełkotem, nie mogłem zrozumieć, co mówi.
    Wzywam pogotowie, ale już wiem, że to koniec.
    Jest za późno. Umiera w szpitalu w Nowym Dworze
    Mazowieckim, a ja muszę się jakoś wziąć w garść.
    Na pogrzeb przyjechały tłumy. Z całej diecezji zjechali
    się byli wikariusze księdza Bieńkowskiego.
    Mszę pogrzebową odprawiał biskup pomocniczy,
    ja czuwałem nad przebiegiem uroczystości, pilnowałem, kto,
    co ma mówić, co mają robić ministranci. Do trumny
    przytwierdzono czarno-białe zdjęcie księdza Jerzego.
    Nawet biskupowi w kazaniu wyrwało się, że to rzadkość,
    żeby księża tak licznie przyjechali na pogrzeb proboszcza.
    Dlaczego? Bo większość rozstaje się, jeśli nie w nienawiści,
    to przynajmniej w niechęci.
    Po śmierci księdza Bieńkowskiego nie ma dla mnie
    miejsca na plebanii. Kolejna przeprowadzka. Szósta w ciągu
    czterech lat kapłaństwa. Rezydent to na parafii zbędny balast.
    Darmozjad, który nie zarabia. Nowy proboszcz chętnie się
    mnie pozbył.
    Miesiąc później jestem w C. Znów prowadzę normalną
    posługę duszpasterską, uczę w szkole. Sporo czasu spędzam
    w kancelarii. W S. siedział zawsze organista, w Krakowie
    było „co łaska", a tu jest cennik. Tysiąc dwieście za pogrzeb
    albo ślub, za chrzest trzysta złotych. Ale jak ktoś nie ma tyle,
    to trochę opuszczamy. Zawsze w takiej sytuacji proszę,
    by pytać proboszcza. Zazwyczaj się zgadza, dla świętego
    spokoju.
    Dużo jeżdżę na rowerze, noszę brodę. Ale nie jestem
    już tym samym człowiekiem. Czytam książki Andrzeja
    Migdy o pentekostalizacji chrześcijaństwa i zaczynam
    kojarzyć fakty.
    Pentekostalizm to inaczej ruch zielonoświątkowy,
    wywodzący się z protestantyzmu, ale w ostatnich latach
    coraz szerzej przenikający do Kościoła katolickiego.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zielonoświątkowe nabożeństwa z tzw. uwielbieniem,
    śpiewami, pozornie spontanicznymi tańcami, dawaniem
    świadectwa nawrócenia, a także m.in. spoczynkami
    (zaśnięciami) w Duchu Świętym czy modlitwami o uwolnienie
    (protestancki odpowiednik katolickiego egzorcyzmu)
    rozpowszechniły się w Kościele katolickim, i to nie tylko
    w Odnowie w Duchu Świętym. Zdaniem religioznawcy
    Andrzeja Migdy, pentekostalizacja chrześcijaństwa, czyli jego
    przesiąknięcie ruchami charyzmatycznymi, to odpowiedź
    na głód mistycyzmu u współczesnego człowieka.
    Charyzmatycy sądzą, że dla każdego, nie tylko dla wielkich
    świętych, możliwy jest niemal natychmiastowy bezpośredni
    kontakt z Bogiem między innymi przez otwarcie na Ducha
    Świętego, który bardzo szczodrze, by nie powiedzieć hurtowo,
    ma rozdzielać charyzmaty, takie jak np. dar języków
    wszystkim uczestnikom zgromadzenia. Daru „mówienia
    językami" w jednym momencie doświadcza kilkadziesiąt lub
    nawet kilkaset osób, a charakterystyczną cechą tego „daru"
    jest niezrozumienie tego, co się mówi czy śpiewa.
    Według części propagatorów tego doświadczenia ma to być
    język chwały, którą obdarza się Boga i to Bóg go rozumie.
    Podobnie masowy charakter mają inne „charyzmaty", jak
    np. dar uzdrawiania, prorokowania czy praktyka spoczynków
    w Duchu Świętym. Ciągle ma być czad. Nie trud, znój i orka
    na duchowym gruncie, nie tyle życie sakramentalne, co
    nieustanne fajerwerki. Dobitnym przykładem popularności
    charyzmatyków mogą być m.in. rekolekcje z czarnoskórym ks.
    Johnem Bashoborą „Jezus na stadionie", które gromadzą
    tysiące osób.
    Coraz więcej rozumiem. Ksiądz Bieńkowski nie żyje,
    nie mam z kim o tym porozmawiać. Wiesz o czym
    rozmawiamy, gdy wychodzimy do zakrystii po mszy świętej?
    Proboszcz mówi:
    - Chmurzy się, będzie burza. Dobrze, niech popada, bo
    ziemia sucha.
    - Oj tak, jak ostatnio grzebałem w ziemi, to była
    strasznie sucha - skwapliwie przytakuje wikary.
    I tak w kółko. Nie chciało mi się nawet pytać, po co
    człowieku w tej ziemi grzebałeś? Być może stąd w ludziach
    fascynacja duchowością charyzmatyczną? Bo potrzebują
    czegoś istotniejszego. Rozmów, wymiany myśli, szczerej
    modlitwy.
    Charyzmatycy na tle księży, którym kapłańskie życie
    wyznaczają godziny seriali, są herosami duszpasterstwa.
    Ciągle coś robią, mają w sobie żarliwość i na tej duchowej
    pustyni współczesności wprost kipią pomysłami.
    Właśnie dlatego biskupi stawiają ich za wzór,
    a proboszczowie ich uwielbiają. Zwłaszcza że wszystko
    ogarniają, łącznie z obowiązkowym kontyngentem
    młodzieży na różne diecezjalne święta. U nas wikary ogląda
    „Świat według Kiepskich”, żeby mieć o czym porozmawiać
    z proboszczem.
    Układ towarzyski, w którym pogrążony jest proboszcz,
    jest aż nadto czytelny. W kościele i na plebanii jest z nami
    jedna pani. Co powie albo zrobi ta kobieta, dla proboszcza
    jest święte. Więc gdy w Wielki Czwartek, na Triduum
    Paschalne postawiła wielkiego, ponad metrowego
    słomianego zająca, to oczywiście też było święte.
    Przy kolacji proboszcz broni tego jej zająca jak Reduty
    Ordona. Że to symbol budzącego się życia i tak dalej.
    Ale słomiany zając przy Grobie Pańskim nie podoba się
    wiernym. Pieklą się, czepiają i w końcu proboszcz
    się poddaje. Nie będzie zająca.
    - Skoro to symbol budzącego się życia, to czemu ksiądz
    zabrał zająca? - nie mogę sobie darować złośliwostki.
    - Dla świętego spokoju - pada krótka odpowiedź.
    Tak jest w wielu parafiach, a uwierz, mam w tym
    doświadczenie. Jak jesteś księdzem, masz pieniądze, to płać
    kościelne podatki. To wystarczy. Nie myśl, nic nie mów,
    nie oceniaj, broń Boże nie stawiaj pytań.
    - Życzę księdzu miłości i zaufania do Kościoła i decyzji
    księdza biskupa wobec księdza - życzenia proboszcza, które
    składa mi w czerwcu na imieniny, są dla mnie czytelne:
    lada chwila wylecę z C.
    Do końca mam przygotowane kazania, do ostatnich
    chwil traktuję swoje obowiązki poważnie. Może gdybym
    nie traktował ich poważnie, to bym tam nadal siedział?
    18 sierpnia 2014 roku dostaję informację,
    że mam opuścić parafię i przenieść się do M. To koniec,
    nie mam już sił. Sześć dni później wysyłam swój list.
    Zdania układały się same.

    OdpowiedzUsuń
  14. . Jego Ekscelencja, tak zacząłem.
    „Oświadczam, że z dniem 26 sierpnia 2014 roku opuszczam
    szeregi kapłanów diecezji płockiej”. Potem wywaliłem
    wszystko, jak leciało. Od terapeutycznych eksperymentów,
    przez szamańskie szaleństwa, po kolejne zmiany parafii.
    Miało być uczciwie do bólu. Na koniec cytat z Lutra:
    „Tu stoję, inaczej nie mogę”. Pasuje jak ulał.
    Nie mściłem się. Ale w naszym księżowskim
    środowisku zaraz pojawiłyby się różne plotki i rzekome
    powody, głównie towarzyskie. A to, że jestem gejem,
    a to, że odszedłem dla kobiety. Chciałem chronić dobre imię
    moje i mojej rodziny.
    - Nie próbują cię zatrzymać?
    - Próbują. Dają mi do wyboru jedną z trzech opcji:
    klasztor, inna diecezja albo... terapia. Miałem wrażenie,
    że wszystko im jedno, byle tylko nikt poza nimi
    nie przeczytał listu. Wysłałem go, bo jestem nadal synem
    Kościoła. To wołanie o rozsądek. Do moich kolegów,
    do innych księży. Chcę im powiedzieć:
    spójrzcie, do czego prowadzą takie eksperymenty.
    Zobaczcie, do czego doprowadziła ikony tej duchowości -
    ojca Posackiego, księdza Błaszkiewicza, podobno także
    dominikanina ojca Krzysztofowicza, jak skończył proboszcz
    z D, jak twórca płockich Wieczorów Chwały.
    Spójrzcie na owoce - i dla kapłanów, i dla wiernych, którzy
    odchodzą z Kościoła do zborów zielonoświątkowych.
    Mimo listu szybko znalazło się inne niż rozporkowe
    wyjaśnienie: po prostu postradał zmysły, ma zaburzenia
    emocjonalne, szuka winnych wszędzie poza sobą,
    sam się przecież przyznaje, że miał problemy, może nawet
    ma dwubiegunówkę. Oficjalny wewnątrzkościelny przekaz
    głosił, że jestem chory psychicznie. Trudno, spodziewałem
    się tego.
    Wielkanoc 2015. Klękam przy konfesjonale w kościele
    u dominikanów. Jako były ksiądz nie mogę już udzielać
    sakramentów, ale wolno mi klęknąć do spowiedzi.
    Zgodnie z prawem kanonicznym, jestem suspendowany,
    nie mogę sprawować obowiązków kapłańskich za wyjątkiem
    udzielenia rozgrzeszenia komuś, kto jest
    w niebezpieczeństwie śmierci.
    Syndrom zdrajcy? Słyszałem o tym, ale bezpośrednio
    mnie to nie dotyczy, bo nie mam kontaktu z żadnym z księży
    z mojego roku. Sam się odciąłem, zmieniłem numer telefonu.
    Nie zmieniłem tylko maila.
    Budzik dzwoni za pięć siódma, potem o siódmej.
    Pięć po wstaję. Krótka modlitwa, zakładam dres i wychodzę
    pobiegać po osiedlu. Wracając, wstępuję do sklepu po dwie
    bułki kukurydziane i serek wiejski. Kiedyś jadłem głównie
    to, co w lodówce miało termin ważności „jutro” kupione
    kilka tygodni wcześniej w Biedronce. Teraz zmieniłem dietę
    i siebie. Schudłem już czternaście kilo, dobrze się czuję.
    O 8.48 mam eskaemkę, trzeba trochę przyśpieszyć
    kroku, dobrze, że z kondycją lepiej. Jadę kilka przystanków,
    wysiadam na Gdańskiej, potem metrem albo „116”.
    W sumie dojazd z podwarszawskiej miejscowości

    OdpowiedzUsuń
  15. na uniwersytet zajmuje mi jakieś 40 minut. I już Stare
    Miasto. W Krakowie z plebanii na uczelnię jechałem
    półtorej godziny, więc tutaj to błysk.
    Potem zajęcia, wykłady, ćwiczenia, często zostaję
    dłużej, by coś komuś wytłumaczyć, przygotować się
    do kolokwium. Koło 17.00 jestem z powrotem u siostry
    i szwagra. Wiele im zawdzięczam, nie wiem, co bym bez
    nich zrobił. Na razie mieszkam u nich, szukam pracy, potem
    może coś wynajmę.
    Czasami wracam później, ostatnim pociągiem o 22.31.
    Niedawno byłem pierwszy raz w życiu na Juwenaliach,
    ależ mi się podobało! Te wszystkie sztuczne ognie,
    fajerwerki, sympatyczna atmosfera, jakiś koncert też był,
    ale nie pamiętam już, kto występował. Ale - żeby nie było -
    byłem trzeźwy!
    Co tydzień obowiązkowo msza święta. Lubię chodzić
    na wieczorną mszę do dominikanów na Freta. Kościół bardzo
    wysoki, o surowym, prostym wystroju. Nad ołtarzem wisi
    ogromny krzyż, pod nim Matka Boża i św. Jan. Cisza.
    Spokój. Najbardziej lubię przychodzić w niedzielę
    wieczorem, zawsze jest cicha msza recytowana.
    Na początku zdarzało mi się dość często, że włączała mi
    się „wiedza fachowa”, patrzyłem, jak ksiądz odprawia mszę,
    zauważałem niedociągnięcia, błędy. Teraz mniej się na tym
    skupiam. Wiem, że w Kościele zawsze znajdzie się dla mnie
    miejsce, że nikt mi go nie zajął, nie zabrał. Teologicznie będę
    księdzem do końca życia, a niektórzy teologowie twierdzą
    nawet, że i po śmierci. Bo nie przemijają tylko miłość.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jest oficjalny komunikat Biskupa Depo. Nie wygląda to dobrze.
    http://archiczest.pl/komunikat-ws-ks-daniela-galusa-i-wspolnoty-milosc-i-milosierdzie-jezusa

    OdpowiedzUsuń

  17. http://gosc.pl/doc/3792952.Komunikat-abp-Depo-ws-Wspolnoty-Milosc-i-Milosierdzie-Jezusa-z
    Metropolita częstochowski odnosi się do wątpliwości na temat statusu kościelnego wspólnoty i kontrowersji wokół o. Daniela Galusa.

    Z dokumentu opublikowanego na stronie internetowej archidiecezji częstochowskiej wynika, że choć ks. Daniel Galus został wyświęcony na prezbitera jako członek Wspólnoty Pustelników pw. Ducha Świętego w Czatachowej (na terenie archidiecezji częstochowskiej), to jego opieka nad zbudowana wokół pustelni Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa już nie wynika z polecenia jego biskupa, ale z własnej inicjatywy.

    Sama wspólnota nie posiada kościelnego zatwierdzenia. Złożone przez wspólnotę w kurii projekty statutu są przedmiotem badań powołanej w tym celu komisji. W komunikacie czytamy również, że funkcjonująca przy wspólnocie Fundacja Anioł Miłosierdzia nie jest podmiotem kościelnym.

    Abp Depo podkreśla, że mając na uwadze powyższe fakty "wydaje się być właściwe powstrzymanie się od organizowania wyjazdów na spotkania modlitewne organizowane przez ks. Daniela Galusa oraz Wspólnotę Miłość i Miłosierdzie Jezusa do czasu zakończenia prac komisji, wydania orzeczenia na temat jej działalności.

    OdpowiedzUsuń
  18. Już wcześniej

    To słowa biskupa Ełckiego



    Przewielebni Księża Diecezji Ełckiej,
    Czcigodne Siostry Zakonne,
    Drodzy Alumni

    Na spotkaniu Biskupów Diecezjalnych w Częstochowie, Abp Wacław Depo zasygnalizował problem ze Wspólnotą Miłości i Miłosierdzia Jezusa działającą w Czatachowej, niedaleko Częstochowy. Jest to wspólnota charyzmatyczna rozwijająca w zbyt ekspresyjny sposób sferę uzdrowień i emocjonalnych poruszeń. Prowadzący wspólnotę o. Daniel Galus, jest wolny od kar kościelnych, jednakże Metropolita Częstochowski apeluje o ostrożność i odpowiedzialność w kontaktach ze wspólnotą i organizowaniem pielgrzymek.
    W związku z powyższym Biskup Ełcki, Bp Jerzy Mazur, nakazuje daleko posuniętą ostrożność i powściągliwość w propagowaniu tej wspólnoty w diecezji ełckiej. Duszpasterze są usilnie proszeni o nieorganizowanie i nieuczestniczenie w pielgrzymkach do Czatachowy.
    Wiernych należy zachęcać do korzystania z posług duszpasterskich i charyzmatycznych we własnych parafiach, gdzie funkcjonują wspólnoty modlitewne. Przy okazji proszę kapłanów o żywą obecność w grupach istniejących przy parafiach, o prowadzenie ich i troskę o poprawność teologiczną i duchową formacji, która się tam odbywa.


    OdpowiedzUsuń
  19. Gdybysmy liczyli tylko na biskupów wiara dawno by wymarła. Czy sprawowanie urzedu biskupa polega tylko na pasieniu brzucha i noszeniu purpury?

    OdpowiedzUsuń
  20. Pani Ilono,przez Sanktuarium św. O.Pio,gdzie prowadzi Ks.Galus msze św. straciłąm córke, wnuka i od 4 lat nie mam rodziny a moja córka mówi tak straszne rzeczy na matkę i męża, przyjaciół, że gdybym tu przytoczyła, to byłoby oczywiste, że zachowanie jej ma znamiona sekty.Próbuje cos od dawna z tym zrobic,ale jak ktos tu mówił chyba nawzajem sie to kryje. Małżeństwo i rodzina rozbita a co najgorsze wnuk 12 lat manipulowany przez córkę i zielarza, który prowadzi gabinet zielarski pod patronatem tegoż Sanktuarium, również odsunął sie od rodziny, nie szanuje nas i mówi słowa, których sam nie mógłby wymyślić, o złych energiach babci i egzorcystach, co zabraniaja sie spotykac z babcią a nawet modlic za nią,itp. Tym powinna sie zając prokuratura również. W końcu udało mi sie znaleźć stowarzyszenie, które pomaga poszkodowanym. Mam nadzieję, że Bóg nam w tym wszystkim pomoże, módlmy się i prośmy o to.Z Bogiem. Proszę o kontakt, w razie potrzeby mogę podać więcej faktów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Pani zechce mogę opublikować Pani historię tutaj na blogu ku przestrodze przed patologią z Czatachowy, w takim wypadku proszę o kontakt.

      Usuń
    2. Bóg nie pozwoli z Siebie kpić i z jego ludu.

      Usuń
    3. To jest pajęczyna, mają swoich przedstawicieli w różnych instytucjach, kto się im przeciwstawi, będą go niszczyć.

      Ja Ilona - prostaczka ( jak nazywa mnie mąż ) proszę wszystkich poranionych przez wspólnotę i jego przywódcę (szczególnie ludzi młodych ) o nie tracenie wiary w Boga.

      Ktoś chyba zapomniał, że oprócz pieniędzy, są jeszcze inne wartości.

      Usuń
  21. Współczuję, a właściwie brakuje odpowiedniego słowa. Wszystko wskazuje na to, że jest to towarzystwo wzajemnej adoracji, tak naprawdę nic nie mające z Bogiem prawdziwym, to już naprawdę koniec świata, czasy ostateczne, nie potrzeba terrorystów. To są tak szaleńcze poczynania, żeby nie nazwać szatańskie, że aż trudno uwierzyć , że to się dzieje w naszym Kościele.
    Pozdrawiam z Panem Bogiem.

    OdpowiedzUsuń
  22. Księża ze zgromadzenia Apostołów Jezusa Ukrzyżowanego wielokrotnie informowali na swojej stronie internetowej, że Sanktuarium Świętego Ojca Pio na Przeprośnej Górce w Siedlcu, gdzie za zgodą abp. Depo odbywały się w każdą trzecią sobotę miesiąca spotkania otwarte Wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa, nie ponosi odpowiedzialności za przebieg spotkań i treści podczas nich głoszone

    OdpowiedzUsuń
  23. Wizje, doświadczenie zmysłowe prowadzą do osłabienia wiary...



    Tak twierdzi doktor Kościoła św. Jan od Krzyża.

    Przedmioty i kształty cielesne, im bardziej same w sobie są zewnętrzne, tym mniej przynoszą korzyści wewnętrznej i duchowej, a to z powodu ogromnej odległości i dysproporcji między rzeczami cielesnymi i duchowymi. Bo chociaż udziela się z nich coś duchowego, jak to ma zawsze miejsce w tych, które są od Boga, jednakże o wiele mniej, niż gdyby raczej same te rzeczy były duchowe i wewnętrzne. Stąd też odpowiedniejsze są one i sposobniejsze do spowodowania w duszy błędów, zarozumiałości i próżności. Jako bowiem uchwytne i materialne pobudzają wielce zmysły i zdają się duszy czymś wielkim (jako bardziej zmysłowe), tak że idzie za nimi, a opuszcza wiarę, sądząc, że ich światło jest przewodnikiem i środkiem do celu jej pragnień, tj. do zjednoczenia z Bogiem. I tym bardziej zatraca drogę i środek, którym jest wiara, im wyżej ceni te rzeczy.
    (...)
    Nigdy zatem nie powinna dusza ośmielać się pragnąć i dopuszczać do siebie tych objawień, choćby nawet były, jak mówię, od Boga. Gdyby bowiem pragnęła je przyjmować, spadnie na nią sześć przykrych następstw.

    Pierwsze: pomniejszy swoją wiarę, doświadczenie bowiem zmysłowe bardzo osłabia wiarę, ponieważ wiara, jak mówiliśmy, przekracza wszelkie odczucie zmysłowe. Nie zamykając oczu na te wszystkie rzeczy zmysłowe, pozbawia się środka zjednoczenia z Bogiem.

    OdpowiedzUsuń
  24. Chnum

    wczoraj w Leśniowie ojciec na kazaniu mówił m.in. o bogu Chnumie, przypomina mi to Czatachowe. Ludzie przyjeżdżają odmienieni, jakby z innej gliny ulepieni niekoniecznie lepszej, problem pozostaje rodzinie.

    OdpowiedzUsuń
  25. masz rację jest nas wielu zranionych przez tą organizacje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem w stanie już pisać, mąż powiedział, że "upierdoli mi łeb i rzuci pod płotem".

      Usuń
  26. Ostrzegacz pisze :
    "ostrzegacz" :......................................................................... Są one organizowane przez pustelnika (dobre - pustelnik i kilkaset ludzi co tydzień.....) Nawracają się, oczyszczają i uzdrawiają, Podczas modlitw słychać krzyki, jęki, ktoś upada, ktoś się śmieje... TO ma na celu nawrócenie i uwolnienie ale.... Dla ludzi słabych jest to mega niebezpieczeństwo że sobie nie poradzą z tym co się z nimi dzieje. To co tam słyszą jest jak opium - otumania, zabija własne myślenie i możliwość podejmowania racjonalnych decyzji. Ludzie słabi "odnajdują" Boga ale tracą zdrowy rozsądek i niejednokrotnie wszystko na czym im zależy. W imię Boga.... Tracą możliwość decydowania o swoim życiu. Plączą bo nie mogą inaczej..... bo wiara tego od nich wymaga. Boga mogą znaleźć w najbliższym kościele, w modlitwie na ławce w parku, w domu ale oni tam pędzą ponieważ tylko tam doświadczają uśpienia, odmiennych stanów świadomości, Czują że Bóg jest bo coś się z nimi dzieje nad czym nie panują. A to jest zgubne bo odwraca uwagę od modlitwy a kierunkuje na odbieranie bodźców. Bodźców nowych, niewytłumaczalnych. Dlatego przestrzegam przed takimi praktykami, szukaniem ciekawych doznań i emocji. Można sobie zniszczyć życie...... Nie jestem księdzem, jestem ofiarą tych eksperymentów, jestem porzucony przez kogoś kto mnie bardzo kocha ale nie może być ze mną właśnie przez działanie tej wspólnoty... zwiń


    „ Można sobie zniszczyć życie „- może brzmi to jak paradoks, ale można sobie, komuś – kogoś zniszczyć życie.
    Bo jak Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to nic nie jest na właściwym miejscu, nawet przedstawienia, pozory, KASA nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń
  27. To bydle z siatka, która poluje na ludzi dla niego. Bestia w ludzkim ciele. Jeden na usługach drugiego. Siatka zwyrodnialcow z demonią umysłu. Bestia z Czarciej Wolki niech wygina gdzie pieprz rośnie, bo nam kościół od środka będzie rozwalal. Dużo siły Pani Ilono. Zajmij się dziewczyno fajnymi wakacjami i rodzina. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  28. Były okultysta schizofrenik. Przetlumaczylam co belkocze jak sie bestia otwiera - ze słownikiem. Dzieci mu na pozarcie przyprowadzaja jak do Bestii. Ręce, które leczą, musi na cudzych dzieciach kłaść? W to wszystko wplatuje Jezusa...Potwor z Czarciej Wolki. Nawiedzony Schizofrenik okultysta. Co za bydlę. Nawołuje swoich i karze im przysięgać. Ciekawe przed kim wcześniej sam składał przysięgi. Na pewno nie przed biskupem. Dostał się do kościoła tylnymi drzwiami, żeby to od środka go rozwala. Wspierajcie biskupa. Wystarczy kilkanaście razy komuś coś przywieźć. Znak krzyża robi w druga stronę. W ten sposób błogosławi przedmioty. Ratujcie siebie i swoje rodziny. Czy ten Łukasz co z nim jest to głupek, czy to dobrze zmanipulował? Kozłów ofiarnych szuka, żeby im psyche i umysł zniszczyć. Doskonale bestia wyczuwa kiedy może wejść. Siatka jest też poza Częścią Wólka. Pracuje dla niego sporo ludzi. Koło mieszkam również w lesie z jakimiś ziomusiami wcześniej. Możliwe, że bawili się w okultyzm i satanizmem. Uważajcie. Usypia zmysły, fałszywy pokój. Tak to anioł zaskepił, że innym się udziela. Chory człowiek z traumą z dzieciństwa. Do tego najprawdopodobniej były satanista, albo coś podobnego. Ośrodek Dom i Wspólnota New Age i okultyzmu. Zajmuje się telemetria.

    OdpowiedzUsuń
  29. Telepatią sorki. Telepatią i ma cudowne ręce. Nikt zdrowy nie wyśle tam dziecka. Siatka nawiedzonych trupów do wykonywania zadań. Narzędzia do przeprowadzania mu osób do opętania. Rezydent Lucyfera. OCZY.. Tak, ale nie te co trzeba. Twarz ślepej żmiji. Uwagą potwór. Po swoich modłach do demona śmierci bestia się otwiera. Facet spiewa do demona śmierci z mitologii greckiej. Jestem tlumaczem, to nie jest przypadek. Ciary przechodzą co ten koleś spiewa i bełkocze wzywając demona śmierci. Poluje na ofiary i wzywa demony. W kościele Boga Świętego nie można zwracać się do demonów. I poza egzorcysta w odpowiednich przypadkach koleś nie może się zwracać do demonów, czy złych duchów. Wywoływanie, czy nawoływanie złych duchów jest w kościele zabronione. To Palant.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń